piątek, 28 kwietnia 2017

Grosz do grosza i wyjdzie zły humor

Cześć
Niby 28 kwiecień a zimno, szaro, buro i jeszcze leje z nieba jak z kranu. Sama nie wiem od czego zacząć, bo mam tyle przemyśleć. Z jednej strony mam zły humor i potworny dołek, a z drugiej wiem, że muszę sama się pozytywnie nastawić. Jakoś nie mogę...
Wczoraj miałam fatalny dzień idąc o 9 na uczelnie zapomniałam power banka do telefonu, nie było by nic strasznego w tym jeśli nie to, że zajęcia miałam do 18:50 w tym jedno 2 godzinne okienko. Na uczelni mam z kim porozmawiać a raczej tak przegadać, ale nie jest to taka "przyjaźń" jak na pierwszy roku z Pani P. Chodziłyśmy razem, jeść, do sklepu i wgl trzymałyśmy się razem. Teraz jej nie ma, ponieważ zrezygnowała z tych studiów i zostałam sama. Jak przyjdę pod salę i ktoś siedzi to przegadam z nim o czymś ale zazwyczaj są to sprawy uczelni. Mam jedna koleżankę z którą mogłybyśmy się zaprzyjaźnić i być takim wiecie "papużkami", ale niestety zjawia się na zajęcia bardzo rzadko, praktycznie wtedy kiedy musi. I tylko w tych momentach mam z kim pogadać o czymś poza uczelnią.
Wróćmy do wczorajszego dnia... Musiałam więc bardzo oszczędzać na baterii. Na pierwszy wykład przyszły 3 osoby wraz ze mną ja, Pan Sz, Pani P, po wykładzie nadszedł czas okienka. Pomyślałam, że pojadę do centrum tam pochodziłam trochę po sklepach, gdyż nie miałam za bardzo co z sobą zrobić. Później chciałam iść coś zjeść i tu zaczęły się schody, ponieważ jestem grubą osobą strasznie mi głupio samej jeść w przestrzeni publicznej. Niby się nie przejmuje tym co ludzie powiedzą, ale jednak podświadomość robi swoje. Nie chodzę codziennie do maka, raczej bardzo rzadko, nie usprawiedliwiam się tak po prostu jest. Wczoraj jednak postanowiłam tam pójść zamówiłam dwa cheesburgery, usiadłam, zjadłam i wszystko było okej nie słyszałam, żadnych negatywnych komentarzy, jednak gdy wychodziłam i zapinałam kurtkę po podniesieniu głowy, jakiś kretyn do mnie mówi "smacznego" i sie śmieje. Byłam tak zaskoczona, że po prostu go olałam i wyszłam. Niby nic, ale wkurzył mnie, sam tam wchodził, więc no heelloooł ! Kolejna błahostka, która sprawiła, że popsuł mi się nastrój jeszcze bardziej. Następnie poszłam na zajęcia, które miały się odbyć w punkcie informacji turystycznej. No i się odbyły 30 minut w środki i 30 minut na zewnątrz. Tak zmarzłam, a po całym tym zamieszaniu, trzeba było wracać na zajęcia, kolejny nudny wykład. Po wykładzie ćwiczenia z przedmiotu, który ciężko mi pojąć i wgl cała grupa ma ciężko coś zrozumieć. Babeczka umawia się na powtórkę, w końcu nas wystawia... nie fajnie :/ Na koniec ogłosiła kolokwium za 2 tyg. I jestem w czarnej D. Kolejny czynnik mojego złego humoru. Zajęcia miały się skończyć 18:50, więc gdy mama powiedziała, że przyjedzie po mnie powiedziałam jej żeby była tak 18:40. Wykładowcy mają tendencję do puszczania kilka minutek wcześniej. Niestety tym razem nie puściła nas wcześniej, lecz przetrzymała do po 19. Jak już wyszłam i szłam do auta mama zadzwoniła i się wydarła na mnie, gdzie ja jestem, więc powiedziałam jej że już idę. Jak otwarłam drzwi auta to dostałam drugi porządniejszy ochrzan. Mówię spokojnie, że to nie moja winna, co miałam wyjść w środku zajęć, bo mama po mnie przyjechała. Według mojej mamy tak właśnie miałam zrobić. Chyba też miała wczoraj ciężki dzień w pracy, w domu, nie wiem, ale wszystko odbiło się na mnie. Potem mnie zjechała za to, że ubrałam trampki a nie zimowe buty. I to ochrzanianie mnie przelało moją szale goryczy, tego dnia. Poczułam się tak źle, że nie miałam siły na tłumaczenia, na obronę, na cokolwiek. Umyłam się, wzięłam komputer, włączyłam TV, usiadłam w moim łóżku i próbowałam dać na luz moim zszarganym przez ten okropny dzień nerwom.
Dziś jest nowy dzień, a ja dalej jestem w dołku. Niby nic wielkiego, ale kiedy wszystko po troszku skupi się w całość to daje w kość człowiekowi.

środa, 12 kwietnia 2017

Powroty...

Matko ile mnie tu nie było ! Strasznie długo i bardzo wiele się zmieniło. Mam wrażenie, że troszeczkę wydoroślałam, choć dalej nie czuję się jak dorosła. Może na początek dobrego, mam nadzieję, powrotu opowiem co się podziało przez mój okres nieobecności.
Moja najlepsza przyjaciółka Pani P wyszła za mąż i teraz planuje dalszy rozwój rodziny. Pracuje wraz z mężem w pewnej firmie od 7 do 15, mają mieszkanie i kredyt. Jednak mają siebie i to jest chyba najważniejsze. Mamy od paru lat tylko i wyłącznie kontakt przez facebook-a, no cóż... Nie naprzykrzam się prośbami o spotkanie. Jak ostatni raz się z nią widziałam to było najszybsze spotkanie świata, mimo tego że jeszcze była wolna. Trudno, jednak jest to osoba, z którą mogę w największym stopniu szczerze porozmawiać a właściwie to popisać, co mnie gnębi i zajmuje. Kumpele, które poznałam dzięki niej czyli Pani S oraz Pani A również układają sobie życie, mają chłopaków i jedna jest już zaręczona. Niestety z nimi już wgl nie mam kontaktu.
Mój przyjaciel Pan M hmm... stał się jeszcze bardziej obcy mi niż był... :/ Zdążył zmienić pracę dwa razy, bo miał taki kaprys (mam wrażenie). Cały czas imprezuje z ludźmi z pracy. Kumpel, który go już tyle razy wystawił, że dałabym sobie już spokój dalej jest jego kumplem. Nasza paczkowa para Pani S i Pan P dalej są razem, dalej nie zaręczeni. Z nimi mam również mały kontakt.
Może jestem dziwna, inna, nie przebojowa, ale oni poszli w innym kierunku chyba niż ja. Kręcą ich imprezy w pubach, clubach, kiedy ja dostaje gęsiej skórki jak sobie pomyśle, że muszę wejść w te tłumy wchodzące na ciebie, depczące cię co rusz. Już nawet nie wspominając o tym, że za kasę wydaną w tych punktach gastronomicznych zrobiłabym mega imprezę. Jestem zwolenniczką imprezowania w domu albo na działkach. Muzyka na ful (na działkach, w domu nie) to żaden problem, można ugotować co się chce, wypić ile się chce. Zawsze organizując takie imprezy wkładałam tyle serca, wszystko załatwiałam rozpinałam całe kino domowe i montowałam je na działce, żeby była dobra muzyka, nosiłam pełne torby różnych potrzebnych dupereli, jeździłam po sklepach, sprzątałam jak głupia. Chyba nigdy tego nie docenili. Zamiast korzystać z takich udogodnień, nikomu nie przeszkadzamy, możemy śpiewać, tańczyć, rozmawiać i wygłupiać się do woli. Oni przyszli na 18 i zaczęli się zbierać około 23. Kiedy w klubie jakoś mogą się bawić do rana ? I co ich tak tam zadowala ? Te tłumy ? Drogie wystawne drinki ? Hałas taki, że myśli nie słychać ? Nie wiem serio. Może wy mi powiecie ? Jedno jest pewne zrezygnowałam z organizowania imprez. Urodzinki wyprawiam skromnie w domu po mojemu.
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem święta lubię ostro poszaleć i alkohol też nie jest mi obcy, ale lubię się tak rozluźniać w mojej grupie przyjaciół, a nie zestresowana pilnować torebki, dopijać drinka do końca żeby ktoś czegoś nie wrzucił i tańczyć komuś na piętach.
Skończę na tym, bo spraw, które miały miejsce i mnie nurtują jest wiele, ale nie chce opisywać ich w jednym poście. Rozumiecie...